Relacje

Historia pewnej życiówki, czyli jak stałem się świadomym biegaczem.

Każdy z nas jakoś zaczyna. Jeden lepiej, drugi gorzej. Ja zacząłem beznadziejnie. Krótka opowieść jak z totalnego amatora zacząłem biegać z głową.

 

Rok 2010

Wszystko rozpoczęło się 9 listopada 2010 roku od decyzji „Idę pobiegać”. Chyba zawsze tak to się zaczyna. Ambitne plany, chęć zmiany życia na lepsze. Zrobiłem całe 4 km, oczywiście na maxa, no bo jak inaczej? Byłem Królem Parku Sołackiego. Przez kilka dni. Raz, dwa, trzy i zapał zniknął. W listopadzie zrobiłem łącznie 5 treningów, a w połowie grudnia wystartowałem w  zawodach na 5 km nad Rusałką. Oczywiście była to totalna porażka – czas 24:28 (relacja z tego biegu niebawem).

Rok 2011

Po tych zawodach zrobiłem sobie 9 miesięcy przerwy, choć ciężko nazwać to przerwą bo wcześniejszych wojaży nie nazwałbym bieganiem. Mamy wrzesień i boom – „Idę pobiegać”. W tym okresie byłem akurat na kilka tygodni w Warszawie. Bieganie po Łazienkach i Agrykoli – marzenie każdego świeżaka. Od 1 do 6 września 2011 roku codziennie robiłem trening 10 km. Nie widziałem w tym niczego złego. Chcę biegać, muszę trenować dużo i najlepiej codziennie. Zapału starczyło na 6 dni. Oczywiście pełen fascynacji,  w październiku pobiegłem zawody na 10,7 km, a w listopadzie pierwszy półmaraton (relacja niebawem). Z marszu!  Czas 1:59:13. A co było potem? Wiadomo – 10 miesięcy bez biegania.

Rok 2012

Przyszedł kolejny rok, kolejny wrzesień. Listopadowy półmaraton w Kościanie coraz bliżej więc czas coś pobiegać. Zrobiłem 4 treningi, następnie wystartowałem w Crossie Straceńców na 11,1 km (bieg po torze motocrossowym w Głogowie) i Biegu Przemysła na 10,7 km. Totalny brak wyobraźni, by nie powiedzieć wulgarniej. Następne 2 tygodnie przerwy z powodu dolegliwości bólowych. Do półmaratonu pozostało 6 dni. Co by tu jeszcze spieprzyć? Jakieś pomysły? Ja proponuje bieg kontrolny na dystansie 21 km. A co! Czas 1:56:35. Oczywiście zachwycony rezultatem już tylko czekałem na splendor na mecie w Kościanie. I wiecie co? Totalną amatorszczyzną i głupotą nabiegałem czas 1:51:49 poprawiając życiówkę o ponad 7 minut. Śmiać się czy płakać, sam już nie wiem.

Rok 2013

Plan na ten rok był prosty. Biegać regularnie. Pewnie wygląda to śmiesznie ale robiłem około 12 km tygodniowo/ 50 km miesięcznie. Ale faktem jest, że biegałem regularnie co 4 – 5 dni. Z takiej zabawy w marcu nabiegałem 10 km w 46:33, a w maju półmaraton w 1:45:54. Zabawę w bieganie przerwałem w połowie września. Półmaraton w Kościanie w połowie listopada więc trzeba odpocząć. Po 2 miesiącach zdjąłem buty z kołka i wykręciłem czas 1:39:17. Zapytacie jak? Sam nie wiem.

Rok 2014

Szał na Koronę Półmaratonów Wielkopolski – 10 startów w 7 miesięcy. Skupiłem się głównie na zawodach, a treningi wykonywałem tylko jako uzupełnienie. Nadal wychodził mi kilometraż około 50 km miesięcznie. Z biegu na bieg latało mi się coraz lepiej. Rok 2014 zamknąłem z czasem 1:34:44.

Rok 2015

Kilometraż bez zmian ale plany dużo ambitniejsze. Chcę zostać maratończykiem. Przecież biegam już tyle lat, jestem doświadczony. Dam radę. Długie wybiegania? Biegi progowe? Interwały? Biegi ze zmienną prędkością? A na co to komu. Klepałem suche kilometry w sesjach treningowych nie przekraczających 14 km. Maraton to przecież tylko dwa półmaratony. Pestka! Ależ człowiek kiedyś był naiwny. Oczywiście w ostatnią noc przed zawodami złamałem chyba wszystkie możliwe zasady z alkoholem, chipsami i brakiem snu na czele listy. O strategii już nie wspomnę. Chyba nikogo nie zaskoczę ja powiem, że na 30 km dopadła mnie ściana. Ostateczny czas 3:53:40. A w głowie „nigdy więcej” (relacja wkrótce).

Rok 2016

Kolejny sezon z Koroną Półmaratonów Wielkopolski. Już na samym starcie sezonu kolejne życiówki. Kilka biegów w granicach 1:32:XX. Ostatni start sezonu to półmaraton w Kościanie i czas 1:31:11. Minimalnym nakładem sił, trenując na pół gwizdka, bez planu i większej logiki. Jak idzie to po co coś zmieniać. Logiczne.

Rok 2017

Korona Półmaratonów Wielkopolski po raz trzeci. Zwiększam ilość treningów. Robię około 100 km / miesiąc. Sezon rozpoczynam czasem poniżej 1:32. I z każdym kolejnym startem było tylko gorzej. Mam problemy z łamaniem 1:35. Ostatecznie na zakończenie sezonu, olbrzymim wysiłkiem, kończę półmaraton w Kościanie z czasem 1:33:47. Byłem wściekły! Co poszło nie tak? Biegałem więcej niż w poprzednich latach. A tu taka klapa. Może źle trenowałem? Pomyślmy…

Porażka podczas tych zawodach przyczyniła się do przełomu w moich treningach. Postanowiłem, że równo za rok muszę złamać 1:30:00. Tylko jak tego dokonać? No właśnie jak? Muszę się tego dowiedzieć…

 

Po niepowodzeniu w poprzednich zawodach postanowiłem wejść  poziom wyżej. Najważniejszą rzeczą, którą musiałem teraz zrobić to zagłębić się w tematyce biegowej. Książki, fora, poradniki i filmiki najlepszych sportowców. To wszystko pozwoliło mi wyeliminować największe błędy.

Postanowiłem skupić się na jednych, konkretnych zawodach. Wybór był oczywisty. Półmaraton w Kościanie pod koniec października. Chcąc uniknąć kontuzji tylko nieznacznie zwiększyłem kilometraż (120 km / miesiąc). Skupiłem się głównie na spokojnych wybieganiach, budowałem solidną bazę. W kwietniu i czerwcu wystartowałem w dwóch półmaratonach. W obu miałem czas w granicach 1:36. Taki stan trwał do sierpnia. Do godziny „zero” zostały 3 miesiące. Czas na przygotowania pod konkretne zawody. Zmniejszyłem objętość do 100 km / miesiąc ale zacząłem intensywniej biegać. Doszły biegi progowe, interwały, podbiegi i inne ciężkie jednostki. Stan aktualnej formy był lekką niewiadomą więc we wrześniu i październiku postanowiłem wykonać starty kontrolne. Na każdym dystansie: 5, 10 i 15 km wyraźnie poprawiłem swoje dotychczasowe rezultaty. A jak wypadł start docelowy?

Przebiegłem Półmaraton w czasie 1:26:34! O 10 minut szybciej niż wiosną. Wielu powie, że jaki to sukces. Że takie czasy osiąga wielu innych biegaczy. I macie racje. Ale mi ten wynik dał wyraźny sygnał – zacząłem biegać mądrze. Każdy trening miał jakieś znaczenie, wiedziałem dlaczego go wykonuje. W tygodniu robiłem 3 treningi na średniej objętości tygodniowej 30 km. Powiecie, że to niemożliwe. Ja powiem – jakość, nie ilość. Nie mogłem pozwolić sobie na zwiększenie objętości treningowej do 100 km / tydzień. Zbyt duże ryzyko kontuzji. Takiego przeskoku mój organizm mógłby nie wytrzymać. Osiągnąłem co chciałem ale co dalej?

Pamiętacie pierwszą część wpisu, gdzie opisałem 8 lat biegania. Zdecydowanie nie tak to powinno wyglądać. Popełniałem błąd za błędem. Straciłem 8 lat bawiąc się zabawkami, których nie umiałem prawidłowo używać. A może by tak pokazać innym swoje błędy, nie od dziś wiadomo, że lepiej uczyć się na cudzych niż na swoich. A może by tak podzielić się nabytą wiedza? Przecież każdy powinien biegać efektywnie. Tylko czy ta wiedza jest merytoryczna? Nie mogę przecież opowiadać głupot! Czas na rzetelną garść informacji.

Zapisałem się na Kurs Instruktora Lekkiej Atletyki Polskiego Związku Lekkiej Atletyki. Kilka zjazdów, kilkaset godzin teorii i praktyki przekazanej przez trenerów rangi mistrzowskiej. Trenerów najlepszych polskich zawodników, olimpijczyków, mistrzów. W kursie brali udział wielokrotni mistrzowie w różnych konkurencjach lekkoatletycznych. Wiedza zdobyta podczas wspólnych treningów, jest najcenniejszym skarbem, ponieważ uzyskuje się ją u samego źródła. Teraz czas przekazać tę wiedzę dalej.

Czasem w życiu człowieka z pozoru wszystko dobrze się układa, idziemy w dobrą stronę. Dopiero porażka uświadamia nam, że podążaliśmy drogą donikąd. Dokładnie tak samo było w moim przypadku. Osiem lat tułaczki by wreszcie obrać dobry kierunek. Dziś mogę powiedzieć, że jestem świadomym biegaczem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.